






















|
|

 |
MARKETING POLITYCZNY W POLSCE.
Rozmowa z Ewą Milewicz - dziennikarką Gazety Wyborczej |
 |
Marcin Cieślak: Czym dla dziennikarza i publicysty tak opiniotwórczego jak pani jest pojęcie marketingu politycznego?
Ewa Milewicz: Nigdy nad tym się nie zastanawiałam. Nie umiem panu powiedzieć czym jest marketing polityczny. Określenie to zrobiło się ostatnie modne w związku z panem Tymochowiczem. Jednak w odróżnieniu od niego nie uważam, żeby z każdego można było zrobić polityka.
M.C.: Pojęcie marketingu politycznego w Polsce dla przeciętnego Kowalskiego pojawiło się w 1995 roku w kampanii prezydenckiej, gdy Aleksander Kwaśniewski chodził w niebieskich szkłach kontaktowych, a Jacka Kuronia ubrano w garnitur. Wtedy pojęcie marketingu w polityce nabrało rzeczywistego znaczenia. Okazało się dla wielu z nas, że cała sfera socjotechniki, public relations ma duże znaczenie. Pamięta pani ten okres? Jak odbierała pani tą nową jakość ówcześnie, a jak patrzy pani na to z dzisiejszej perspektywy?
E.M.: To jednak było coś innego, bo i Kuroń i Kwaśniewski byli postaciami w polskiej polityce. Mieli coś do powiedzenia, więc marketing, o którym pan wspomniał był rolą krawca. Co innego Andrzej Lepper. Tymochowicz wprowadził do sejmu dowódcę batalionów ulicznych i twierdzi, że zrobił z niego polityka.
M.C.: I to już jest niebezpieczne?
E.M.: Nie, nic takiego nie powiedziałam. Myślę tylko, że to za mało żeby zostać politykiem. Nie wystarczy nosić garnitur, czy posiąść wiedzę jak pozyskać głosy ludzi sfrustrowanych.
M.C.: Czy marketing polityczny w takim razie to nie takie oszukiwanie jak w magii? Niektórzy z nas znają pewne tricki i wiedzą, że gdy ktoś na przykład zakłada takie, a nie inne oprawki od okularów ma w tym określony cel. Mimo wszystko zbiór takich zachowań ma wpływ na dużą część społeczeństwa. I tu rodzi się kolejne pytanie, czy nie jest to działanie na pograniczu etyki? Może jest tak, że my słodzimy coś co w rzeczywistości jest gorzkie i gorzkim pozostać powinno.
E.M.: Szczerze mówiąc nigdy nie zadałam sobie tego pytania. Jeżeli tak patrzeć na to pojęcie, to chyba pierwszy był Machiawelli, który mówił co należy robić, by skutecznie sprawować władze i wygrywać w potyczkach politycznych. Oszustwem jest to co człowiek zrobi, a czy on ma niebieskie soczewki a naprawdę ma oczy piwne, to wydaje mi się bez znaczenia. To trochę tak, jak z kobietą która ma szerokie biodra i nosi sukienki które to ukrywają. To też forma oszustwa.
M.C.: Tak więc może marketing polityczny powinien eksponować lepsze cechy polityka, a nie wymazywać te wstydliwe i niewygodne. Może nie zakręcać jak tytułowe "słoiki na zimę", ale właśnie eksponować te najlepsze cechy?
E.M.: Nie wiem, co powinien. Podejrzewam, że uczy polityków z jednej strony jak pokazać swoje najlepsze cechy, ale z drugiej - jak przypodobać się wyborcy za wszelka cenę.
M.C.: Czy nie zauważyła pani, że wśród naszych polityków panuje pewien snobizm na korzystanie z doradztwa pana Tymochowicza. Jakiś czas temu Kancelaria Premiera dementowała doniesienia, jakoby Leszek Miller korzystał z jego pomocy, jednak z innych źródeł wiem, że to prawda.
E.M.: Partie korzystają z doradców. Wiadomo, że na przykład Leszka Balcerowicz w 1997 roku przygotowywał Gerard Abramczyk. To prawda, że polityk musi dziś wiedzieć o wielu technicznych rzeczach, jak się zachować przed kamerą, jak ważne jest oświetlenie. Politycy w Polsce są słabo przygotowanie z tej teorii. Pamiętam jak była w 1988 roku debata Miodowicz - Wałęsa. Wtedy Andrzej Wajda szkolił Wałęse z takich prostych, pewnie nawet elementarnych dla francuskiego czy amerykańskiego polityka rzeczy. To trzeba wiedzieć.
M.C.: Jednak jeśli oceniamy polityka pozytywnie, powiemy że to tylko takie techniczne działanie. Inaczej gdy mówimy o Andrzeju Lepperze. On w dużym stopniu właśnie dzięki takim technicznym elementom pojawił się na scenie politycznej na takiej pozycji.
E.M.: Mnie nie razi, ze Lepper korzystał z takiej pomocy. Razi mnie to, że Tymochowicz się zgodził szkolić go w ten sposób. W ten sposób można szkolić Miloszewicza jak skutecznie ukrywać trupy, można szkolić Hitlera jak załatwić ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej, tak aby nie podpaść organizacjom praw człowieka.
M.C.: Czyli pierwiastek etyczny odgrywa tu pewna rolę.
E.M.: Nie chcę formułować żadnych praw. Mnie to razi, ale sam pan mówił, że podobno i Miller z niego korzysta, więc widać nie wszystkich to razi.
M.C.: Są różne kursy i warsztaty, na których w ramach ćwiczeń z marketingu czy reklamy buduje się kampanie reklamową np. trującego przedmiotu. Być może twórca wizerunku nie patrzy na ten problem wartościująco. On ma być po prostu skuteczny.
E.M.: Domyślam się, że patrzą na to inaczej dopiero w momencie, gdy ten "produkt" się na nich rzuci. Jeżeli Lepper doszedł by do władzy i w jakiś sposób ograniczył wolność np. uprawiania zawodu, czy wsadził do więzienia Tymochowicza za to, że szkoli jego konkurenta, czy przeprowadził lustrację gospodarczą, bo może trzyma pieniądze w bankach z zagranicznym kapitałem, to może wtedy pan Tymochowicz przekonałby się, ze wyhodował potwora, który go zeżre.
M.C.: Nie mogę na koniec nie zapytać o największego przegranego ostatnich wyborów, o Unie Wolności. Czego Unii zabrakło w tej kampani?
E.M.: Nie mam pojęcia. Przegraliby tak jak i AWS bez względu na kampanię. Te metody, które stosowała Unia, np. autobus, w 1995 stosował także Kwaśniewski i został bardzo dobrze przyjęty. Wydaje mi się, że doszło do pewnego zmęczenia. Też byłam znudzona tymi samymi zdaniami powtarzanymi w kółko. Mnóstwo razy słyszałam np., że "Unia nie jest partią budżetu". Unia nigdy nie była partia ciepłą. Gdy przypominam sobie sposób zachowania Leszka Millera, to jest on pełen zrozumienia dla wyborcy i tak ludzie go odbierają. To, co Unia mówi, jest albo bardzo techniczne, albo patetyczne.
M.C.: Wyłania nam się więc teza, że tak naprawdę marketing i cała ta sfera nie koniecznie ma tak ogromne znaczenia.
E.M.: Uważam, że politykowi można pomóc korygując jego niektóre zachowania, natomiast najważniejsze jest czy ma on coś sensownego do powiedzenia. I jeśli pan przywołał tu Unię Wolności, to widać w niej, że na przykład z Mazowieckim można się zgadzać, lub nie, ale on ma zawsze coś do powiedzenia, wzbudza zainteresowanie. Wielu jednak polityków nie ma nic do powiedzenia. Zajęci są tylko swoją karierą. Mam nadzieję, że ich na dłuższą metę żaden marketing nie wylansuje.
M.C.: Dziękuję bardzo
Marcin Cieślak - lat 22, student UW, Instytut Nauk Politycznych, członek Unii Wolności
|
|
 |