logo banner
przyszłość i doświadczenie newsletter napisz BIP Unii Wolności























 


Brudna gra Rokity

Dziś na skompromitowaniu rządu Mazowieckiego może zależeć i lewicy, i prawicy, która sięga po władzę. Chodzi o to, by pokazać, że nikt nie jest czysty - mówi Krzysztof Kozłowski, pierwszy niekomunistyczny szef MSW po 1989 roku

Agnieszka Kublik: Małgorzata Niezabitowska, rzecznik rządu Tadeusza Mazowieckiego, obawia się, że w IPN istnieje jej spreparowana przez SB teczka tajnego współpracownika. Jej sensacyjne oświadczenie zwróciło uwagę polityków, m.in. Jana Rokity na proceder niszczenia na początku 1990 roku akt SB. Leon Kieres, szef IPN, proponuje, by prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie tego przestępstwa sprzed 14 lat. Co Pan o tym sądzi?

Krzysztof Kozłowski: To śledztwo jest niepotrzebne i nawet niemożliwe. Bo już był proces w tej sprawie, są skazani. A za to samo nie można dwa razy sądzić.

10 maja 1990 r. ja i Andrzej Milczanowski przyszliśmy do nowo wówczas utworzonego UOP, który zastąpił SB. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy, było wszczęcie śledztwa w sprawie niszczenia i wynoszenia dokumentów SB. Oczywiście to śledztwo prowadziliśmy przy pomocy aparatu jaki mieliśmy: czyli byłych SB-eków, którzy chcieli się przypodobać nowej władzy.

Ustaliliśmy, że 4 września 1989 r. - a więc kiedy Tadeusz Mazowiecki był już premierem, ale rządu jeszcze nie było, bo powstał dopiero 12 września - gen. Henryk Dankowski, wówczas wiceminister spraw wewnętrznych, podczas telekonferencji, czyli łączenia się na żywo z szefami wszystkich komend wojewódzkich MSW, wydał polecenie niszczenia akt. Miało się zacząć od niszczenia dokumentów z departamentu IV, czyli zajmującego się Kościołem. Uznali widać, że skoro premier katolik, to trzeba zacząć niszczenia od dokumentów związanych z Kościołem. Palenie szło na całego do stycznia 1990 r.

Co zrobiliście z tymi dowodami?

- Pod koniec maja 1990 r. przekazaliśmy je zastępcy prokuratora generalnego Aleksandrowi Herzogowi. Mieliśmy dowody, jak dokumenty SB były niszczone w Piotrkowie Trybunalskim, ale nasze doniesienie dotyczyło takich akcji w całej Polsce. Na podstawie konkretnej delegatury opisaliśmy ogólnopolski proceder niszczenia akt. Sprawa trafiła do sądu w Piotrkowie Trybunalskim. Pamiętam, że razem z Milczanowski jeździliśmy tam zeznawać. I po kilku rozprawach oskarżeni zostali uznani winnymi - wiceminister MSW gen. Henryk Dankowski oraz szefowie departamentu III i IV - generałowie Krzysztof Majchrowski i Tadeusz Szczygieł. Choć sąd uznał ich winnym niszczenia akt SB, to ich nie ukarał, bo tłumaczył, że i tak będą podlegać amnestii i wyjdą na wolność.

Dlatego uważam, że dziś śledztwo w tej sprawie nie ma sensu.

Jan Rokita twierdzi, że "jest praktyczna i historyczna pewność, że dokumenty SB były niszczone za wiedzą i akceptacją ówczesnych władz państwowych". Twierdzi, że premier Mazowiecki zajął się tym problemem dopiero, gdy mu zrobił "publiczną karczemną awanturę".

- Było inaczej. O niszczeniu akt SB wiedzieliśmy od stycznia 1990 r. Premier Mazowiecki interweniował i zaprzestano niszczenia, przynajmniej na wielką skalę. Jednak proszę pamiętać, że szefem MSW był gen. Kiszczak. Czy mogliśmy mieć wiedzę, co naprawdę dzieje się w resorcie? Nie!

Ja do MSW przyszedłem w marcu 1990 r., zostałem wiceministrem, ale nie miałem żadnego wpływu na to, co się tam działo.

Rokita udaje teraz, że już w 1989 r. był przeciwko Mazowieckiemu, że był w sporze z częścią "Solidarności". Że przekazywał premierowi wiele dobrych rad, ale ten go nie słuchał. Rokita chce podkreślać, że nie odpowiada za to, co się wówczas działo. Rozumiem, że chodzi mu o to, by skompromitować jedyny autorytet, jaki nam pozostał, czyli premiera Mazowieckiego. Także o to, by skompromitować Unię Wolności i potem przejąć jej elektorat, bo przecież Platforma musi dostać co najmniej 30 proc. głosów w wyborach, by móc rządzić samodzielnie.

Czyli Rokita cynicznie i koniunkturalnie kłamie?

- Nie obchodzi go teczka Niezabitowskiej. Chodzi tylko o to, by odciąć się od swojej politycznej przeszłości. To cyniczne zagranie. Muszę powiedzieć, że mam dość moich niektórych przyjaciół, gdy się tak zachowują. Rokita zachował się - powiem delikatnie - nieładnie.

No właśnie, o co chodzi z teczką Niezabitowskiej?

- Wiele osób z "Solidarności" zostało zatrzymanych i przesłuchanych na początku stanu wojennego. Podczas tych przesłuchań wielu z nich powtarzało plotki na różne tematy. SB to spisywała i zakładała teczkę. Może w 1989 r., kiedy okazało się, że Małgorzata została rzecznikiem pierwszego niekomunistycznego rządu, ktoś odnalazł tamte zapiski i nadał jej pseudonim. Nie mówię, że tak było, tylko podejrzewam, że tak mogło być.

Co ekipa gen. Kiszczaka mogła do lata 1990 r. wynieść z Rakowieckiej?

- Wynosili wiele teczek, by zabezpieczyć się na przyszłość. W razie kłopotów mieliby czym szantażować.

Podejrzewam, że również gen. Kiszczak coś wyniósł. Jak przyszedłem do resortu na miejsce Kiszczaka, to zastałem pusty gabinet - puste biurko, szafy i sejf. Generał nie przekazał mi ani jednej sprawy bieżącej. On twierdzi, że wszystko pooddawał do archiwum, ja twierdzę, że nie ze wszystkich materiałów, które miał w swoim pokoju się rozliczył.

Czy domyśla się Pan, co przede wszystkim wynosili?

- Gdy przyszedłem do MSW, gen. Kiszczak powitał mnie takimi słowy: zażądałem pańskiej teczki i niczego nie dostałem. A przecież to bzdura. Mam w pamięci oficerów SB, którzy przychodzili do redakcji "Tygodnika Powszechnego", więc moja teczka oczywiście musiała być.

Wtedy zapytałem Kiszczaka, a co z teczką np. Jacka Kuronia czy Mazowieckiego? Kiszczak - że ich też nie ma. Znów bzdura. Obaj byli przez lata śledzeni przez SB-eków, to oczywiste, że mieli założone teczki.

Nigdy tych słów generała dotyczących mnie nie sprawdziłem, mnie teczki nie interesowały.

Komu teraz może zależeć, by grać materiałami SB-eków?

- Nie wiem. Przez 15 lat te sprawy wracają jak czkawka. Nie sądzę, że komuś chodzi o to, by wyświetlić prawdę sprzed 15, 20 czy 25 lat. To jest element bieżącej politycznej rozgrywki. Brudnej rozgrywki.

Komu dziś może zależeć na skompromitowaniu rządu Mazowieckiego, w ogóle tamtej ekipy solidarnościowej?

- Obu stronom. I lewicy, i prawicy, która sięga po władzę. Chodzi o to, by pokazać, że nikt nie jest czysty.

Kto dziś mógł interesować się teczką Niezabitowskiej?

- Nie wiem. Ale wiem, że IPN dość nonszalancko obchodzi się ze swoimi archiwami. Po Krakowie chodzi prawa ręka Rokity Zbigniew Fijak i rozpowiada, że z kolegami historykami pisze książkę, która wstrząśnie Krakowem - środowiskami artystycznymi, politycznymi i kościelnymi. Bo w archiwach IPN są dokumenty, że w tych grupach byli agenci SB. A przecież do tych materiałów nie powinni mieć dostępu wszyscy. Poszkodowani - tak, historycy - tak, poważni dziennikarze - tak. Ale nie wszyscy, którzy szukają sensacji.

Bronię IPN, bo to instytucja szacowna i niezwykle potrzebna. Ale widzę jej słaby punkt - brak ochrony w dostępie do archiwów.


tekst ukazał się w "Gazecie Wyborczej" - 21 grudnia 2004 r.

... do strony głównej ... spis wiadomości

 

Biuro Krajowe 
Unii Wolności
 
Marszałkowska 77/79 
00-683 Warszawa 
tel. 022 827-50-47 
info@unia-wolnosci.pl