Strona główna >> Felietony prześlij link znajomemu














 


Dostępne felietony   

Felietony
drukuj

 

Mirosław Pawełko: Dlaczego nie powinno być w Polsce referendum w sprawie Konstytucji dla Europy?

 
       Zwolennicy pogłębiania procesu integracji europejskiej popełnili błąd, zgadzając się, by dokument, nad którym pracował Konwent Europejski, przyjął nazwę "Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy". Taki tytuł przywołuje natychmiast wszystkie negatywne opinie o rzekomej zaborczości Unii Europejskiej, szkodząc tym samym dobrej sprawie, jaką jest poprawa sprawności i przejrzystości struktur wspólnotowych. Nazwa dokumentu nie odzwierciedla jego rzeczywistego znaczenia. Chcąc więc uniknąć pogłębiania nieusprawiedliwionej eurofobii, nie powinno się organizować referendum w sprawie traktatu konstytucyjnego. Projekt tej nowej umowy międzynarodowej nie jest sprawą o szczególnym znaczeniu dla naszego państwa, a referendum służyć będzie bardziej grze polityków niż szerzeniu rzetelnej informacji o funkcjonowaniu Unii Europejskiej.

Znaczenie Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy
       Używając porównania - przed rokiem 1989 byliśmy mieszkańcami pewnego wielkopłytowego bloku. Nasza spółdzielnia jednak powoli bankrutowała, a i my sami mieliśmy dość użerania się z narzucającym nam swoją wolę tzw. gospodarzem domu. Wraz z wypowiedzeniem umowy spółdzielni (co nie było przecież takie proste) odrzuciliśmy również spółdzielczy regulamin domu. Musieliśmy więc ustalić nowe przepisy porządkowe naszego domu - tym była nasza konstytucja. I każdy z nas miał prawo się wypowiedzieć czy zgadza się na nowe reguły czy nie. To one są i pozostaną zawsze nadrzędną dla nas regulacją.
       Równolegle podjęliśmy starania o przyłączenie naszego bloku do wspólnoty mieszkaniowej, która łączy bloki po drugiej stronie ulicy. Widzieliśmy, że ich domy są bardziej zadbane, u nich na klatkach jest czyściej i tym samym ich mieszkańcy są bardziej zadowoleni z życia. Wspólnota wyraziła otwartość na nowych członków - musieliśmy tylko ustalić szczegółowy przebieg procesu integracji. Po latach negocjacji wypracowaliśmy porozumienie. Przyłączenie się do nowej wspólnoty było sprawą o zasadniczym znaczeniu dla naszego bloku, dlatego i tym razem gremialnie podejmowaliśmy decyzję o akceptacji zasad i reguł wspólnoty. Nasz blok zyskał tym samym szanse na szybsze remonty i poprawę swego wyglądu, a my na spokojny rozwój. Wciąż jednak nasz własny blokowy regulamin ma większe znaczenie niż umowa o integracji ze wspólnotą.
       Razem z nami do wspólnoty mieszkaniowej zostało przyjętych jeszcze dziewięć innych bloków z okolicy. Tym samym pojawiła się konieczność aktualizacji ogólnego regulaminu wspólnoty. Uporządkować nie tylko trzeba było kwestie remontów i napraw, ale również organizację spotkań rady wspólnoty. Przecież na posiedzenia będą przychodzili przedstawiciele aż dwudziestu pięciu bloków, a nie piętnastu jak dotychczas! Dlatego powstał nowy dokument - a jego treść porządkuje sprawy, nie zmieniając podstawowych zasad panujących we wspólnocie. Dlatego jego akceptacja nie wymaga kolejnej kolektywnej decyzji z naszej strony. Wspólnie przyjęliśmy regulamin naszego bloku i wespół zdecydowaliśmy się na tę właśnie wspólnotę mieszkaniową - daje to wystarczające umocowanie dla naszych przedstawicieli, by dogadali się, co do nowego zarządzenia porządkowego.

       Konstytucja dla Europy jest traktatem, czyli umową między państwami członkowskimi Unii Europejskiej. Ten truizm jest wart podkreślenia, gdyż nazwa sugerowałaby, że jej ranga przewyższą naszą Konstytucję Rzeczpospolitej Polskiej, a przecież jako umowa międzynarodowa jej znaczenie jest mniejsze!
       Najgłośniej dyskutowanymi zapisami owej Konstytucji są unormowania w zakresie liczenia głosów na posiedzeniach władz Unii. Jednak czy dla nas, mieszkańców kraju nad Wisłą, przyzwyczajonych, że każde wybory do naszego własnego parlamentu odbywają się wedle nowej ordynacji, zmiana liczenia głosów to jakieś novum? A przecież zmiany, jakie były wprowadzane w kolejnych ordynacjach do Sejmu i Senatu, w konsekwencji powodowały większą rozbieżność w rezultacie głosowania niż różnica, jaka wyniknie ze zmiany nicejskiego systemu podziałów głosów we władzach Unii Europejskiej na tzw. kompromis brukselski.
       Drugą najczęściej poruszaną kwestią, zwłaszcza przez przeciwników Konstytucji, jest brak bezpośredniego odniesienia do Boga. A czy w traktacie, na podstawie którego przystępowaliśmy do Unii Europejskiej było odwołanie do Boga i wartości chrześcijańskich? A jednak się na niego zgodziliśmy. Mamy przecież przywołanie wartości chrześcijańskich w naszej konstytucji, w dokumencie nadrzędnym.
       Konstytucja dla Europy łączy w sobie dotychczasowe traktaty, porządkuje je i rozbudowuje (przykładowo dodaje regulacje dotyczące ewentualnego wypisania się z Unii). Nie zmienia przy tym istoty działania Unii Europejskiej. Zwracanie uwagi przez przeciwników Konstytucji na zapisy w preambule i brak zastrzeżeń do innych zapisów traktatu w gruncie rzeczy potwierdza, że nowy traktat nie zmienia reguł, na które się zgodziliśmy, oddając w czerwcu zeszłego roku głos na "tak". I dlatego właśnie - nie wymaga ogłoszenia referendum w jego zakresie.

Gra polityków
       Ostatnio w naszym kraju znaczna część polityków zachłysnęła się ideą referendum. Pojawiła się moda, by, gdy pojawia się sprawa, na której określone ugrupowanie może zbić dodatkowy kapitał polityczny, natychmiast ogłaszać propozycję, że i Naród powinien się bezpośrednio wypowiedzieć. Niektórzy politycy chcą w ten sposób pokazać jakże silne przywiązanie do głosu obywateli - ale to tylko fasada.
       Doświadczenie uczy, że niektórym politykom, zwłaszcza tym najgłośniej opowiadającym się za kolejnym referendum, nie zależy, by obywatele mieli jak najlepszą wiedzę w sprawie, w której mają się wypowiedzieć i tym samym, by podejmowali świadomą decyzję. Nie zależy im również, by Polacy w ogóle wzięli udział w głosowaniu. Chodzi im tylko o siebie i o swój interes. Jedni przy tej okazji chcą zaistnieć, wskazać wrogów Narodu i przedstawić się jako jedyni obrońcy naszej niezależności. Drudzy z kolei nie chcą brać odpowiedzialności za własne hasła (w stylu "Nicea albo śmierć"), nie wiedząc więc, jak wybrnąć ze ślepej uliczki, do której zaprowadzili swoje ugrupowania, próbują odwołać się do władzy zwierzchniej.
       Dodatkowo, trudno powiedzieć, by debata publiczna w naszym kraju w ogóle dążyła do wyjaśniania, a nie zaciemniania określonych zagadnień, wywołujących kontrowersje. Uczestnicy wymiany poglądów, głównie politycy, szybciej wybierają to, co im pasuje do z góry narzuconej tezy niż starają się kompleksowo przedstawić swoją opinię. Pamiętamy kampanię nienawiści przed głosowaniem w sprawie naszej konstytucji (m.in. przywoływanie Targowicy, oskarżenia o bezbożność), wystąpienia podczas kampanii referendalnej (m.in. sugerowanie zagrożenia ze strony naszych zachodnich sąsiadów i przywoływanie wodza Trzeciej Rzeszy), czy ostatnią kampanię do Parlamentu Europejskiego. Jak wiele z wypowiedzianych wówczas zdań zawierało rzeczowe opinie i argumenty, a ile zawierało tylko i wyłącznie puste slogany formułowane dla zaspokojenia politycznych celów ich autorów?
       Przeciwnicy integracji z Unią Europejską wyciągnęli największe armaty słowne, by tylko przykuć uwagę mediów i wyborców. Bez odpowiedzialności za prawdę bronili przed rzekomymi działaniami przeciwko naszej polskiej Tradycji i Historii. Nijak się to miało do rzeczywiści czy choćby tematu głosowań, ale nie przeszkadzało w trwaniu przy takich hasłach. Eksploatacja lęków to przecież najczęściej spotykana droga do politycznej popularności. Warto więc przypomnieć, że art. 125 naszej konstytucji mówi, że referendum ogólnokrajowe może być przeprowadzone "w sprawach o szczególnym znaczeniu dla państwa". A nie w sprawach o szczególnym znaczeniu dla partii politycznych!

Rzetelna informacja - największym wyzwaniem
       Badania opinii publicznej i niska frekwencja podczas głosowań pokazują, że bardziej od eksploatacji lęków potrzebna jest nam rzetelna informacja. Wciąż nie ma wśród nas pełnego zrozumienia zasad działania Unii Europejskiej. I kolejne referendum w sprawie Konstytucji nie tylko nie przyczyni się do popularyzacji wiedzy, ale wręcz zniechęci do zajmowania się tematem. Stanie się tak, gdyż okres przed głosowaniem nie będzie oznaczać merytorycznej dyskusji. Z jednej strony złożoność zagadnień wymaga poświęcenia większej ilości czasu na ich zrozumienie, a z drugiej (i co ważniejsze) staniemy się świadkami kolejnej walki na slogany, na budowanie własnych wizji "nasi - obcy", na udowadnianiu swoich ideologicznych tez.
       Sądzę, że będzie lepiej, by pieniądze, które miały by być wydane na referendum, przeznaczyć na dobrą akcję informacyjną. Na dodatkowe broszury i inne druki, na otwarte spotkania tematyczne z zakresu polityk UE, na wsparcie działań lokalnych stowarzyszeń zachęcających mieszkańców do udziału w życiu publicznym. Nie oszukujmy się - nie w poddawaniu kolejnych spraw pod ogólnonarodowe referendum jest szansa na wzmocnienie zainteresowania sprawami państwowymi naszych rodaków. Ale właśnie w łatwości w dostępie do zrozumiałych informacji z zakresu tematów publicznych.

4 września 2004.

Mirosław Pawełko
Członek Zarządu Unii Wolności
mpawelko@mc.org.pl
tel. 608 611 608





 

 
Biuro Krajowe 
Unii Wolności
 
Marszałkowska 77-79 
Warszawa 
tel. 022 827-50-47 
uw@uw.org.pl