






















|
|

 |
Waldemar Kuczyński w programie "Gość Jedynki" TVP I - 13 lutego 2004. |
 |
Z politykiem Unii Wolności, byłym doradcą ekonomicznym premiera Jerzego Buzka. rozmawia Piotr Gembarowski.
Piotr Gembarowski: Praktycznie w każdej kadencji parlamentu borykamy się z jakąś trudną, by nie rzec z dramatyczną sytuacją finansów państwa i na ogół jest tak, że opozycja z założenia krytykuje koalicję, rządzący zrzucają winę na tych, którzy rządzili poprzednio i każdy zrzuca winę na innych, koło się zamyka. Gdzie należy szukać początku obecnej sytuacji?
Waldemar Kuczyński: Wydaje mi się, że w dosyć odległej przeszłości. Gdybym tu chciał robić wielki wywód, to nawet mógłbym powiedzieć, że główne źródła deficytu finansów leżą jeszcze w okresie PRL-u, ale oczywiście wszystkie poszczególne ekipy, może za wyjątkiem ekipy pierwszej, która była w trochę innej sytuacji, wszystkie inne ekipy mają swój wkład w to, że deficyt finansów publicznych stał się deficytem chronicznym, a w ostatnim okresie, w ostatnich paru latach, co jest szczególnie niebezpieczne, udział długu publicznego w Produkcie Krajowym Brutto zaczął rosnąć. Bo jeżeli on jest nawet wysoki, ale nie rośnie, to to jest sytuacja w miarę bezpieczna, natomiast jeżeli jest spory i jeszcze na dodatek rośnie, to to jest sytuacja niepokojąca i z tym nie można żyć. Prędzej, czy później to może doprowadzić do potężnych kłopotów i to może się stać również w Polsce.
P.G.: Czy w tej chwili przyjęcie planu Hausnera uchroni nas przed przekroczeniem tego konstytucyjnego 60% progu udziału długu publicznego w Produkcie Krajowym Brutto?
W.K.: Po pierwsze mam nadzieję, że my tych progów nie przekroczymy, bo jeżeli je przekroczymy, to wtedy powstanie sytuacja bardzo dziwna. Sądzę, że plan Hausnera może mieć duży wpływ na to, że progów nie przekroczymy i on na pewno musi być wprowadzony w życie, powiedziałbym tak: co najmniej przy tym stopniu ostrości, jaki ma.
P.G.: Mam wrażenie, że złagodził pan teraz trochę swoje zdanie, ponieważ w pańskim felietonie na stronach internetowych Unii Wolności przeczytałem, że według pana nieuchronne jest złamanie konstytucji. Czy aby uniknąć złamania litery konstytucji trzeba doprowadzić do złamania jej ducha, czyli zmienić sposób liczenia zarówno Produktu Krajowego Brutto, jak i sposób liczenia długu publicznego? Coś takiego tam pan zasugerował.
W.K.: Przede wszystkim bardzo mi miło panie redaktorze, że czyta pan biuletyn mojej partii. To jest tekst, który jest przedrukiem z Rzeczpospolitej. Ja bym powiedział tak, że jeżeli istnieje ryzyko duże, a być może ono rzeczywiście istnieje, że nastąpi przekroczenie tego progu 55%, czy tym bardziej 60% i w tym momencie już następuje złamanie konstytucji bez względu na to, co się później stanie. To już jest złamanie konstytucji i jeśli chcemy pozostać państwem konstytucyjnym, to odpowiedzialni za to muszą stanąć przed Trybunałem Stanu. Powiedziałbym tak, że jeżeli miałoby to nastąpić, to lepiej jest zrobić operację, która trochę to odsunie, ponieważ i tak musimy przejść na ten sposób liczenia unijny, to być może lepiej jest to zrobić z pewnym wyprzedzeniem, także dlatego, żeby mieć trochę więcej czasu i trochę więcej spokoju na wprowadzenie tego planu sanacji finansów publicznych, który jest konieczny.
P.G.: Zastanawiam się jednak czy pańska diagnoza na dzisiaj jest równie alarmująca, jak w tamtym felietonie, kiedy pan wyraźnie powiedział: nieuchronne jest złamanie konstytucji, czy tak, jak powiedział pan teraz, że ma pan nadzieję, że do tego nie dojdzie?
W.K.: Znaczy mam nadzieję, że unikniemy przekroczenia tych progów i sądzę, że jeżeli to miałoby grozić, to trzeba zrobić pewne ruchy uprzedzające. Jednym z tych ruchów jest zmiana sposobu liczenia na unijny. To jest taki zabieg trochę szemrany, bo robimy go właściwie nie tyle po to, żeby dostosować się do wymagań unijnych, ile po to, żeby uciec, jeśli tak można powiedzieć z ławy oskarżonych przed Trybunałem Stanu, ale sądzę, że to jest mniejsze zło niż przekroczenie tych progów, bo wtedy wchodzimy w sytuację, w której nie jesteśmy w stanie z punktu widzenia społecznego spełnić wymagań ustawowych i konstytucyjnych, jakie one nakładają, jeżeli nastąpi przekroczenie tych progów.
P.G.: Wracając do pańskich prognoz gospodarczych, do pańskich wskazówek jako ekonomisty, to z innego pańskiego artykułu, tym razem dla Gazety Wyborczej wynika, że nie należy kreować popytu wewnętrznego, by tą drogą uzyskać wysoki wzrost gospodarczy i spadek bezrobocia, należy według pana, o ile dobrze zrozumiałem pański artykuł czekać aż to nastąpi dzięki stymulującej roli eksportu. Czy to nie jest trochę propagowanie polityki recesji?
W.K.: Nie, nie, w żadnym razie. To byłoby w jakimś sensie propagowanie polityki recesji, gdyby polski rynek pozostawał rynkiem zamkniętym, czy w poważnym stopniu przymkniętym, ale on od 1 maja jest fragmentem wielkiego rynku europejskiego i główna batalia o przyszłość gospodarczą Polski nie będzie się toczyła na rynku wewnętrznym polskim, tylko będzie się toczyła na wielkim rynku europejskim. Jest oczywiste, że zawsze zdecydowana większość Produktu Krajowego będzie realizowana na rynku wewnętrznym, ale jeżeli chcemy, żeby polska gospodarka po wejściu do Unii weszła w fazę ekspansji, to przyrost Produktu Krajowego powinien się w ogromnej mierze dokonywać właśnie poprzez eksport, poprzez wymianę na wielkim rynku europejskim. Ja oczywiście nie jestem zwolennikiem sztucznego hamowania popytu wewnętrznego, natomiast uważam, że nie należy go sztucznie podkręcać.
P.G.: Jeżeli pan pozwoli, chciałem teraz przejść do sondaży. Według najnowszego sondażu OBOP-u gdyby wybory odbyły się w lutym, Platforma Obywatelska uzyskałaby 24% poparcia, Samoobrona 23%, SLD 12%, tyle samo Liga Polskich Rodzin, Prawo i Sprawiedliwość 10%, PSL 5%. Jaka koalicja pańskim zdaniem byłaby możliwa przy takiej konstelacji?
W.K.: Proszę pana, wniosek jest, jak sądzę oczywisty: najwyższa pora być może definitywnie zakopywać ślady dawnych transzei wojennych, wojny polsko-polskiej i być może taką koalicją powinna być koalicja Platformy i właśnie SLD, być może jeszcze z dodatkiem PSL-u. W ogóle polska scena polityczna prawie od początku III Rzeczpospolitej przypomina puzzle z kilku obrazów, czyli takie, które się nie dają dobrze ułożyć. Właściwie od czasów rządów Suchockiej mamy do czynienia z koalicjami, które są niezborne programowo i które są wewnętrznie konfliktowe.
P.G.: A czy taka ewentualna koalicja Platformy z SLD byłaby zborna programowo? Bardzo duża część Platformy jednak ciąży ku Prawu i Sprawiedliwości.
W.K.: Mnie się wydaje, że jeżeli wystawimy na margines sprawę przeszłości, tego bagażu przeszłości, to ja mam wrażenie i chyba się nie mylę, że z punktu widzenia jak gdyby patrzenia na to, co Polsce jest potrzebne na przyszłość, sądzę, że Platforma i jeśli chodzi o kwestie europejskie, ale także jeśli chodzi o kształt gospodarki itd., że Platforma i SLD są sobie bliższe niż Platforma i Prawo i Sprawiedliwość.
P.G.: Czy na tyle bliskie, żeby mogły skutecznie wspólnie rządzić?
W.K.: W tej chwili to jest bardzo trudne do wyobrażenia, ale ja np. nie wykluczam, że pod wpływem tej zapaści elektoralnej SLD, że dojdzie w tej partii do jakiegoś powiedziałbym przewrotu, przełomu i że wyłoni się trochę inne jej oblicze, nie to, które jest związane trochę z twarzą Leszka Millera, bo uważam, że SLD pod kierunkiem Leszka Millera uległo czemuś, co nazwałbym "repezetpeeryzacją". Nie wykluczone, że tam właśnie nastąpi jakiś wstrząs i dojście działaczy, którzy będą bliżsi Platformie, ja tego nie wykluczam.
|
|
 |