logo banner
przyszłość i doświadczenie newsletter napisz BIP Unii Wolności























 


Olga Krzyżanowska gościem Jedynki (TVP 1)

Telewizja Polska - program 1, 27 listopada 2003. Kamil Durczok rozmawia z Olgą Krzyżanowską, senatorem Unii Wolności (Koło senackie UW), członkiem Komisji Polityki Społecznej i Zdrowia.

Kamil Durczok: Pani senator, o tym, że przy rejestracji leków w Polsce dzieją się dziwne rzeczy, mówiono od dawna po cichu, od dwóch dni mówi się bardzo głośno. To za sprawą raportu z kontroli Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, który trafił do prokuratury i do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Czy myśli pani, że nagle się okazało, że znowu jakiś kawałek polskiej służby zdrowia jest ciężko chory?

Olga Krzyżanowska: Kawałek Polski jest chory, bo kwestie finansowe w służbie zdrowia nie są inne niż różne złe sprawy, które się dzieją i w innych resortach. Chcę tylko powiedzieć - przecież to sam pan redaktor powiedział - że o sprawie problemów z lekami, jakiejś nieładnej sytuacji koło nich, przecież już od dwóch lat się mówi, a ostatnio, przy odejściu pana Łapińskiego, Naumana raczej dość głośno się mówiło, i chowa się końce w wodę. Dopiero zarządzona wyraźna kontrola to pokazuje.

K.D.: Dobrze, to gdzie tkwi błąd pani zdaniem, bo to trudne do logicznego wytłumaczenia?

O.K.: Brak bieżącej, stałej kontroli poszczególnych ministrów, bo to nie dotyczy jednego ministra czy jednego rządu, to się musiało dziać od dawna. Druga rzecz: myślę, że czasami ministrowie, wiceministrowie, którzy nadzorowali, chyba na początku nie zdawali sobie sprawy, jak ogromne pieniądze to jest sprawa leków. Może sobie Ministerstwo Zdrowia nie zdawało sprawy, jakby odsuwało to na bok. A po prostu to są wielkie pieniądze, których trzeba pilnować, bo to są pieniądze nasze, nas wszystkich, a po drugie są to jednak sumy, które strasznie ważą na naszym budżecie.

K.D.: Tutaj problem dotyczy jeszcze i tego z punktu widzenia pacjenta, że mowa jest o lekach, które być może nie spełniły tak do końca wymogów określonych przy rejestracji, w związku z czym powstaje pytanie o ich bezpieczeństwo dla pacjentów. Pytanie, czy pacjenci w ogóle mogą czuć się bezpieczni, jeśli czytają komunikat Ministerstwa Zdrowia wydany wczoraj wieczorem i tu jest napisane tak: nie ma do tej pory podejrzeń dotyczących bezpieczeństwa stosowania zarejestrowanych leków, ale dalej jest napisane takie zdanie: jeśli jakiś lek wzbudzi podejrzenia co do bezpieczeństwa jego stosowania, zostanie niezwłocznie wycofany. Czy pani zdaniem to nie brzmi jak kpina?

O.K.: To brzmi makabrycznie, powiedziałabym, bo jeżeli te nieprawidłowości są przy stronie finansowej, to jest to obrzydliwe i niebezpieczne dla budżetu, ale dotyczy pieniędzy, natomiast jeżeli miałoby dotyczyć tego, że są leki wprowadzone do obiegu, co do których nie ma pewności, że one są dobre, a sądząc z tego, co pan redaktor mówił, mogą szkodzić, to jest to sprawa wołająca o pomstę do nieba, muszę powiedzieć. Z dwóch powodów: że może zaszkodzić pacjentom, ale i druga rzecz, że naprawdę dość już niepokoju, który pacjenci mają. To zmiana list leków, to nie będzie insuliny, to nie ma lekarzy rodzinnych. Naprawdę, jak długo pacjenci to wytrzymają? Jako lekarz, choć już nie praktykuję teraz, naprawdę myślę o tym z niepokojem.

K.D.: Przyglądamy się również temu od strony finansowej. Leszek Balcerowicz, oskarżany przez PSL i Ligę Polskich Rodzin o wydanie w 1998 roku rozporządzenia zwalniającego z cła importerów leków, broni się, że to było rozporządzenie wydane w 1993, potwierdzone w 1994, potem w 1997 było przedłużone, żeby w końcu 2000 roku wydać nowe, które zmniejszyło zyski importerów, pozwoliło zaoszczędzić budżetowi znaczne kwoty - to jest cytat. Czyli wcześniej budżet nie oszczędzał, tylko tracił. Panią przekonuje takie tłumaczenie?

O.K.: Nie mogę powiedzieć, czy przekonuje, bo musiałabym znać dokładnie to rozporządzenie, dokładnie jakie były tych lat temu pięć czy sześć zasady handlu czy, powiedzmy, pozwoleń na leki, ale wydaje mi się... Nie posądzam i nigdy nie posądzałam pana Balcerowicza o jakiekolwiek niejasności finansowe, natomiast czy rzeczywiście było tam jakieś mało precyzyjnie wydane rozporządzenie, nie umiem na to pytanie odpowiedzieć.

K.D.: To nie jest kwestia posądzania.

O.K.: Tak, myślę, że jego nikt nie posądza.

K.D.: Jest tylko pytanie o tolerowanie, nie przez Leszka Balcerowicza, tylko tak jak mówiliśmy wcześniej, przez kolejne ekipy takiego stanu rzeczy, w którym budżet państwa traci, a zarabiają importerzy.

O.K.: Nie dlatego, że chcę oddalić posądzenia o pewną niejasność od Ministerstwa Finansów, ale myślę, że jednak tutaj Ministerstwo Zdrowia powinno tych rzeczy bardzo pilnować. To znaczy, wchodzenie leków bez odpowiednich certyfikatów ich przydatności czy możliwości niebezpieczeństwa - to nie Ministerstwo Finansów. Ono musi pilnować strony finansowej, natomiast tego musi pilnować Ministerstwo Zdrowia. I myślę, że tu są też zaniedbania w tej dziedzinie, jeżeli rzeczywiście takie są fakty. Szkoda, że słyszymy o takich rzeczach tak ogólnikowo i tak jakby wszystkich o wszystko posądzają, bez konkretów. Ja bym chciała już wiedzieć, żeby, nie wiem, w parlamencie były wyniki tej kontroli. Gdzie, w którym miejscu, dlaczego i jakie pieniądze, ile tych pieniędzy było, żeby to były konkrety, żeby to nie były tylko, nie chcę używać słowa: pomówienia, ale ogólne stwierdzenia, które nic jeszcze nie wyjaśniają, tylko budzą niepokój.

K.D.: Jedna czwarta pacjentów może nie być objętych taką bezpośrednią opieką medyczną, bo lekarze nie chcą podpisywać kontraktów. Z drugiej strony trudno się im dziwić, że nie chcą podpisywać kontraktów na takich warunkach, jakie proponuje Narodowy Fundusz Zdrowia. Myśli pani, że z tej sytuacji, gdzie chyba największym problemem jest po prostu to, że nie ma pieniędzy, jest jakieś sensowne wyjście?

O.K.: Myślę, że idealnego wyjścia nie ma, bo pieniędzy będzie za mało, tylko problem, wydaje mi się, byłby mniej dramatyczny, żeby jednak Narodowy Fundusz rozmawiał ze wszystkimi, nie obrażał się na tych, którzy nie chcieli przystąpić do kontraktów, dlatego że argumenty, które podają lekarze rodzinni, to w dużej części argumenty słuszne. To nie tylko chodzi o pieniądze, im się każe pracować 24 godziny, zapewnić transport i za te pieniądze, i choćby z punktu widzenia higieny pracy lekarskiej to jest niedobre. Natomiast mnie się nie podoba ton, muszę powiedzieć, jakim reaguje na to prezes Narodowego Funduszu, ton, który jest tonem pana i władcy, który rządzi pieniędzmi. To nie są jego pieniądze, tylko nas wszystkich i wydaje mi się jakby chęć dojścia do spięcia i pokazania, jacy to źli są ci lekarze, którzy nie chcą podpisać. Według mnie trzeba próbować rozmawiać. Myślę, że i lekarze powinni - mówimy o tej grupie, która nie chciała - z czegoś ustąpić.

K.D.: Tak, tylko z czego ustąpić, bo to jest, obawiam się, dylemat polegający na tym, że dzisiaj rezygnujemy z zakupu nowej strzykawki, a jutro z zakupu nowych środków opatrunkowych? To są stawki naprawdę minimalne, za które trudno leczyć pacjentów.

O.K.: Wracamy do stałego, nie stałego, ale według mnie najbardziej dramatycznego tematu służby zdrowia. Musi być określony koszyk usług, musi wiedzieć szpital, musi wiedzieć lekarz, co w pierwszym rzędzie musi zapewnić pacjentowi, a co ma prawo, mimo że jest lekarzem, co jest bardzo ciężko połączyć, ale niestety ja muszę załatwić wpierw to, to i to, a dopiero powiedzmy, jeżeli to nie grozi pana życiu. Niestety nie mamy to pieniędzy.

K.D.: A w tej sytuacji sądzi pani, że przekształcanie szpitali w przedsiębiorstwa, w spółki i poddanie ich prawom rynku ze wszelkimi tego konsekwencjami, jest dobrym pomysłem, czy złym?

O.K.: Jest takim wyjęciem jednej cegiełki. Ten sam pomysł, że niech szpitale bardziej uważają i lepiej się rządzą, bo niby takie jest podłoże tego, był pomysłem rozsądnym. Znowuż, żeby te szpitale miały to, wracam do tego ogólnego stwierdzenia, koszyk usług, tzn. co muszą za te pieniądze dać. Muszą, bo jeżeli tego nie będzie, to co z tego, że będzie spółka prawa handlowego, tak samo się zadłuży, przecież pieniędzy od tego nie przybędzie, a że padnie, to będzie satysfakcja handlowa, że padła placówka, która jest niewydolna, ale co to pomoże pacjentom, że padnie? Po drugie, jednak musi być ministerstwo, które za to odpowiada, musi zapewnić jakąś sieć szpitali. Te, nazwijmy upadki - brakuje mi w tej chwili słowa - bywają jakby przypadkowe. Nagle w jakimś regionie pięć szpitali, a w winnym będzie ich znowuż może trochę za dużo. Trzeba mieć odwagę powiedzieć: te szpitale zostawiamy, tym pomagamy, tamte muszą sobie radzić.

K.D.: Bo jakoś trudno sobie wyobrazić, że rano zamiast lekarza na obchód przychodzi dyrektor szpitala i mówi pacjentom: wyłączamy aparaturę, bo szpital upadł.

O.K.: Żal mi lekarzy, bo wie Pan, nasz zawód mówi to, że nie wolno odmówić pomocy. I nie wolno, a z drugiej strony lekarzy się stawia pod ścianą. Nie masz pieniędzy, a musisz udzielić pomocy. Jak to zrobić?

... do strony głównej ... spis zawartości

 

Biuro Krajowe 
Unii Wolności
 
Marszałkowska 77/79 
00-683 Warszawa 
tel. 022 827-50-47 
info@unia-wolnosci.pl