logo banner
przyszłość i doświadczenie newsletter napisz BIP Unii Wolności























 


Marian Filar - Politycy w krainie Harry'ego Pottera


Dla Polski nie ma żadnej cudownej drogi na skróty, a obietnice "szarpnięcia cugli" składane przez liderów naszej prawicy są tylko przedwyborczą grą.

Nie sądzę, by Jan Maria Rokita, przywdziawszy szary strzelca strój, po krótkiej, acz zwycięskiej wymianie ognia na moście Poniatowskiego z siłami wiernymi prezydentowi Kwaśniewskiemu i premierowi Belce triumfalnie wjechał na kasztance do Belwederu. Ani też, by marszałek Donald Tusk w peruce Robespierre'a gilotynował próżniaczą klasę na placu Konstytucji, a potem w obcisłych pludrach Fryderyka Wielkiego wprowadził nad Wisłą absolutyzm oświecony. Uśmiecham się w duchu, wyobrażając sobie braci Kaczyńskich jako Romulusa i Remusa zakładających IV Rzeczpospolitą lub posła Jędrzeja Giertycha w purpurowej szacie Wielkiego Inkwizytora rozpalającego stos pod grupką feministek z wicepremier Izabelą Jarugą-Nowacką na czele.
Nie ten czas, nie to miejsce. Historia się nie powtarza, a jeśli już, to w formie farsy. Nie sądzę więc, by w najbliższym czasie groziła nam dyktatura, czym straszą niektórzy publicyści.
Wszyscy wyżej wspomniani politycy dążą wprawdzie do zdobycia władzy, lecz nie "na etacie" dyktatora. Wierzę nawet, że robią to w dobrej wierze, pragnąc na swój sposób zbawić Rzeczpospolitą stojącą ich zdaniem na krawędzi upadku. Lecz tu właśnie zaczyna się problem. To, że w III RP niejedno trzeba poprawić, widać gołym okiem. Cel jest słuszny - ale metody?

Uroki systemu prezydenckiego
Rokita ma oczywiście rację, gdy zarzuca praktyce politycznej III RP brak myślenia państwowego, słabość i brak ciągłości instytucji ustrojowo-prawnych, zastąpienie dalekowzrocznej strategii rządzenia kunktatorską krzątaniną wokół doraźnych spraw i sprawek, interesów i interesików, czemu towarzyszy przerażenie o wyniki najbliższych wyborów ["Będziemy radykalni", "Gazeta Świąteczna" z 13-14 listopada]. Zgodziłbym się nawet na owo rokiciańskie "szarpnięcie cugli", gdybym tylko wiedział, kto ma szarpać i co ma być dalej. Każdy, kto jeździł konno, dobrze wie, iż niesfornemu rumakowi trzeba czasem ostrym szarpnięciem ściągnąć cugle. Ale zaraz trzeba je popuścić i stosownym manewrem zmusić konia do dalszego biegu. W przeciwnym razie stanie dęba, zrzucając jeźdźca z siodła. Bardzo więc chciałbym wiedzieć, co nasi ujeżdżacze zamierzają robić po owym szarpnięciu cugli.
A co słyszę? Zróbmy "apartyjne" wybory w okręgach jednomandatowych. Na dodatek zlikwidujmy Senat, bo niepotrzebny, zaś cyzelowaniem chropawych ustaw sejmowych może się zająć dużo tańsza Rada Legislacyjna.
Przecieram oczy. Czas komitetów obywatelskich dawno minął i - czy to w systemie większościowym, czy jednomandatowym - o rankingu kandydatów będą decydować gremia partyjne. Można postulować zniesienie dopłat z budżetu do partyjnych kas, gdy się ma w danej chwili 30 proc. poparcia i dobrze wie, że do kasy takiej partii prywatni sponsorzy przyniosą "kasę" w zębach, bo chcą dobrze żyć z tym, kto zdobędzie władzę. Ale czy promotorzy takich pomysłów nie obawiają się, iż jednomandatowość plus prywatny sponsoring grozi syndromem rosyjsko-ukraińskim, gdzie parlamentarny mandat może zdobyć nawet koń Kaliguli odpowiednio wspomagany z nie zawsze czystych źródeł?!
System wyborczy trzeba uprościć i uczynić czytelnym, by wyborcy uwierzyli, że coś od nich naprawdę zależy. Ale mechaniczna jednomandatowość nie jest żadnym cudownym rozwiązaniem. Rada Legislacyjna zamiast Senatu? Najpierw chciałbym wiedzieć, jakie kompetencje będzie miała taka Rada i jaki będzie tryb jej powoływania. Bez tego pozostaje ona pustym sloganem.
A może w ogóle dać sobie spokój z parlamentem, wprowadzając system prezydencki? Prezydent mógłby odwoływać nie tylko ministrów, ale i cały rząd, a gdy parlament nie zechce tego zaakceptować, mógłby odwołać parlament i rządzić za pomocą dekretów. W istocie oznacza to przyznanie władzy wykonawczej prezydentowi. I tu ja zaczynam niespokojnie kręcić się na krześle, a Monteskiusz w grobie. Czy autorzy takich pomysłów nie widzą, że wyciągają z lamusa instytucji polityczno-ustrojowych niebezpieczną zabawkę? Nie tyle obawiam się skutków użycia owej instytucji w ich rękach, lecz tego, że dostanie się ona w inne ręce. A wtedy żarty mogą się skończyć...

Piewcy supersprawiedliwości
To jeszcze nic! Monteskiusz przewraca się w grobie, a ja spadam z krzesła, słuchając pomysłów nadwiślańskich jakobinów na wymiar sprawiedliwości. Jego młyny mielą powoli, a młynarze sypią ziarno opieszale? Co za problem! Prokuratorów opieszałych i uległych wpływom politycznym zastąpmy "superprokuratorami" z "superuprawnieniami" - zastępem mężów nieugiętych i niepodatnych na żadne wpływy i naciski. A guzdrające się sądy zastąpmy sejmowymi "speckomisjami", które bez zbędnej proceduralnej mitręgi w try miga uporają się z wszelkimi patologiami - wynagradzając za dobre, a za złe karząc. I takie to rozwiązanie postuluje się po doświadczeniach komisji rywinowskiej i orlenowskiej, które miały wprawdzie szansę oczyszczenia atmosfery politycznej poprzez ustalenie prawdy, przemieniły się jednak w arenę politycznej corridy, gdzie nie tyle chodzi o ustalenie prawdy, co "naszej prawdy"!
A może w ogóle dajmy sobie spokój ze specprokuratorami i speckomisjami - i powołajmy od razu "superspeckomisję prawa i sprawiedliwości" złożoną ze szczególnie niezłomnych prawniczych tytanów, którzy raz na zawsze rozstrzygną wszystko o wszystkim?! Z pomysłem takiej komisji występuje Jarosław Kaczyński ["Dajmy Polsce szansę", "Gazeta Świąteczna" z 20-21 listopada]. Jakie uprawnienia miałyby posiadać owe specorgany? Z jakich gremiów mieliby pochodzić ich członkowie? Kto miałby decydować o ich nominacjach? Co pozostanie "normalnemu" wymiarowi sprawiedliwości? Orzekanie w sprawie Zenka niepłacącego alimentów? Dopóki nie poznamy odpowiedzi na te pytania, owe pomysły można uznać za pochodzące z opowieści o Harrym Potterze.
Niestety, nawet do tej kategorii nie mogę zaliczyć postulatu, by w postępowaniu karnym o korupcję zastąpić zasadę domniemania niewinności zasadą domniemania winy. Dorobiłeś się, bratku, majątku "na urzędzie" - udowodnij, że nie pochodzi on z przestępstwa! A jak tego nie zrobisz, majątek pójdzie pod sekwestr, a ty do pudła. Pomysł aż piękny w swej absurdalnej prostocie! A jakież oszczędności mógłby przynieść! Po cholerę wszelkie tajne i jawne policje kryminalne i skarbowe, po co różnorodne inspekcje, organy fiskusa, prokuratury itp.? Wszystko to zastąpi prosta zasada: "udowodnij albo umrzyj".
Panowie, litości! Toć takie instytucje jak zasada domniemania niewinności i będąca jej konsekwencją zasada ciężaru winy to nie wymysł jakichś oderwanych od życia, sklerotycznych profesorków, tylko sprawdzony, cywilizacyjny dorobek naszej kultury. Trochę skromności! Nie bądźcie mądrzejsi od Monteskiusza!

Samorządowi degeneraci?
Zgadzam się z Rokitą, że silnej, sprawnej i efektywnej państwowości nie zastąpi - zwłaszcza w sferze gospodarki - naiwny korporacjonizm rodem z heroicznego okresu pierwszej "Solidarności". Stanowiące podstawę każdej rozwiniętej demokracji społeczeństwo obywatelskie nie może zostać zastąpione społeczeństwem samorządowym, bo to nie to samo. Liczne korporacje zawodowe, które uzyskały w III RP dużą autonomię, nie zawsze czynią z niej najwłaściwszy użytek.
Owszem, nad relacjami między samorządnością korporacyjną - akademicką, sędziowską, adwokacką czy lekarską - a władczymi uprawnieniami państwa trzeba się poważnie zastanowić. Ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą! Dla idei samorządności różnych środowisk zawodowych i lokalnych nie ma po prostu alternatywy! Chyba że - próbując cofnąć bieg historii - zechcemy je z powrotem upaństwowić i zetatyzować.
Ciarki chodzą mi po plecach, gdy u Rokity czytam o autonomii wyższych uczelni: "to był oczywisty błąd. Jak się daje autonomię czemuś, co jest zdegenerowane, to ta autonomia utrwali tylko degenerację. Najpierw trzeba jakiś obszar uzdrowić personalnie i strukturalnie, a dopiero potem dać mu autonomię". Pro publico bono godzę się nawet na miano degenerata pilnie wymagającego personalnego uzdrowienia. Tylko dopraszam się łaski - czy Rokita mógłby mi najpierw zdradzić, kto miałby zostać moim uzdrowicielem? Pamiętam już takich w zielonych mundurach siedzących na posiedzeniach senatu mojego uniwersytetu i rady mego wydziału - i ich uzdrowicielskie poczynania... Miałem nadzieję - jak się okazuje płonną - że to se ne vrati.
Czy Rokita - człowiek zasłużony dla posierpniowej wolnej Polski - już zapomniał, że autonomii nigdy nie otrzymuje się w prezencie jak przysłowiowa małpa zegarka, tylko zawsze się ją zdobywa?!

I jeszcze coś z mego zawodowego podwórka. W enuncjacjach "odnowicieli" powtarza się postulat zaostrzenia prawa karnego. Jeśli ma to oznaczać wsadzanie do więzień większej liczby ludzi i na dłużej - bo tak ten postulat funkcjonuje w wymiarze społecznym - trzeba sobie jasno zdać sprawę, że jest to obecnie po prostu niemożliwe! Rzeczywistość można chcieć zmieniać, ale nie da się jej ignorować.
Wiele niedobrego dzieje się w III RP. Najwyższy czas, by zinwentaryzować obszary zła i podjąć poważną dyskusję nad szybkimi metodami ich likwidacji. Tylko że metody te nie mogą wpisywać się w poetykę "drogi na skróty". Bo żadnej cudownej drogi na skróty nie ma. Jest tylko rzetelna i solidna, codzienna praca nad stworzeniem tego, czego nie udało się jeszcze stworzyć, i naprawą tego, co już udało się popsuć. "Kto drogi skraca, na noc do domu nie wraca" - jak mówi mądre ludowe przysłowie.

22 listopada 2004.

prof. Marian Filar - kierownik Katedry Prawa Karnego
i Polityki Kryminalnej UMK w Toruniu,
członek Rady Politycznej Unii Wolności



Tekst ukazał się w "Gazecie Wyborczej"


... do strony głównej ... spis materiałów

 

Biuro Krajowe 
Unii Wolności
 
Marszałkowska 77/79 
00-683 Warszawa 
tel. 022 827-50-47 
info@unia-wolnosci.pl